peensleep blog

    Twój nowy blog

    no dobrze moi drodzy. 


    miło było być tutaj tyle lat, ale pora na zmiany. 

    powody podstawowe są trzy: 

    po pierwsze: wkurza mnie ten cholerny blog.pl. niefunkcjonalny panel adm, znikające notki, problem z dodawaniem zdjęć, problem ze zmianą szablonu. basta – nie mam zamiaru dłużej się męczyć. 

    po drugie: pisałam już o kundlach i no name’ach – nie chcę ciągnąć za sobą ogonów z przeszłości – nowy blog będzie wymagał zalogowania. nie chce mi się walczyć z wiatrakami.

    po trzecie: jest już blog o mojej dłubaninie, nie chcę podawać adresu tutaj – powód – patrz punkt wyżej.

    coraz częściej w moim życiu widzę, że najlepsze są proste rozwiązania, że ludzie na własne życzenie komplikują sobie życie. zamykając za sobą drzwi do przeszłości wybieram najprostszą ścieżkę. 

    dziś w nocy przeczytałam całe archiwum. kilka razy się uśmiałam, trochę popłakałam, czasem zdziwiłam – to byłam ja? tak byłam. tylko coraz mniej jestem. 

    każdego dnia dowiaduję się o sobie czegoś nowego, każda podjęta decyzja jest zmianą, każdy wybór jest ważny. najważniejsze są jednak te płynące z serca, ze środka, z potrzeby i uczucia. i jedno najważniejsze pytanie: dlaczego TAK? mało kto przy szukaniu na nie odpowiedzi grzebie w sobie. ja lubię to grzebanie bo odpowiedzi których sama sobie udzielam nie raz już zdążyły mnie zaskoczyć. 

    dlatego, jeśli ktokolwiek z was jest ciekawy, co wydarzyło się, lub wydarzy dalej, proszę o zostawienie śladu w komentarzach z nickiem, adresem bloga, mailem. szczególnie proszę o ujawnienie się nareszcie tych cichych czytaczy, co to nie komentują, zwłaszcza tyczy się to was – moja Drużyno Pierścienia ]:> 
    wykładam karty na stół 

    dziękuję za uwagę i do zobaczenia na nowej ziemni :)

    kryzys powoli mija, jest łatwiej skoro wiem co, skąd i dlaczego. czeka mnie kilka poważnych rozmów. nie boję się. już wiem że wystarczy. basta. 


    w koraliki wpadłam po uszy. mam już adres bloga, teraz zdjęcia i będzie można pooglądać moją dłubaninę. 

    uodporniłam się na krytykę. nauczyłam się rozróżniać rzeczy ważne od mniej istotnej paplaniny. nadal niezmiennie bawi mnie fakt, że są ludzie, którzy znają mnie lepiej niż ja sama. skoro dawanie dobrych rad jest istotą  sensem ich istnienia – proszę bardzo, mi to zwisa długim, prostym. nie będę dyskutować ze ślepym o kolorach. 

    marzy mi się domek na zadupiu. już nie mieszkanie w centrum a własnie domek. z kotem, psem, koniem, owcą, kozą. dziwne ale od piątku ta myśl mnie nie opuszcza.

    wczoraj przeczytałam:
    jeśli chce się wystarczająco mocno, wszystko się da. 
    miód na moje serce. chorwacja jest jednak trochę daleko, bliżej mi ideologicznie na podlasie. choć w chorwacji przynajmniej ciepło. ale powoli. się wyjaśni.

    z nieba na łeb leci propozycja kupna mieszkania. za jakiś rok. mam tydzień do poważnej rozmowy. jednak coś mi mówi, że prędzej ta chatka na podlasiu. czas pokaże.  

    i te oczy. szare śmiejące się do mnie oczy. spokój w sercu i kolejny dowód na to, że cuda się zdarzają i że tego sobie nie wymyśliłam. 

    ostatnio coraz częściej zauważam że ledwo otwieram laptopa robię się masakrycznie wprost zmęczona. nie wiem, może zbieg okoliczności a może coś w tym jest. jakoś powoli przestaję mieć potrzebę gadania na sieci, siedzenia na FB, czytania blogów czy jakiejkolwiek wirtualnej rzeczywistości. może dlatego, że non stop we mnie dzieje się tyle że mózg ma lekki problem z nadążeniem za uczuciami spowodowanymi wydarzeniami z reala. nie trzeba mi dodatkowej stymulacji. 


    dziś miły dzień z N. z którą znam się niemal od pieluch. takie dni lubimy. dzielnie zniosła oglądanie ponad tysiąca zdjęć z krótkimi komentarzami: o patrz! cegła! a tu gruzy! parz jaki piękny sufit! patrz! ta rzeźba też nie ma penisa! z rzymu przywiozłam ponad tysiąc zdjęć. pstrykałam jak głupia, ale dzięki mam utrwalacz wspomnień. patrzę teraz na te zdjęcia i wracają emocje, wracają uczucia, wraca do mnie cały ten zakręcony tydzień. 

    ze stajni wróciłam cała i zdrowa. na konia nie wsiadłam – pogoda i ogólne wyplucie towarzystwa, litr martini przywiezionego z włoch też zrobił swoje. dziś znów pamiętam czemu nie lubię pić. 

    żałuję tylko że nie wzięłam aparatu bo było co oglądać. więcej tego błędu nie popełnię. 

    Satyr mnie opluł, Parabelka obszczekała a Rudi się łasił ładnie. weszła na mnie też Brunia, mała kicia która pokochała mnie całym sercem. z wzajemnością. mam nadzieję że szybko uda mi się tam wrócić. 

    wczoraj rano, po przegadanej cudnej nocy siedziałam przy ognisku z kawą z kozim mlekiem i papierosem. patrzyłam jak stajnia zaczyna dzień. jak konie wychodzą na padoki, jak psy domagają się codziennej porcji pieszczot jak lekka mżawka z której nikt nic sobie nie robił lekko rozmywa cały obraz. cisza, spokój. ptaki, drzewa. leniwy dzień. cudowny dzień. 

    pomyślało mi się – tak mogłabym żyć. bez pośpiechu, bez pędu, leniwym ale jednocześnie pracowitym życiem. wiem sprzeczność. tylko pozorna. patrzyłam na czułość z jaką traktuje się zwierzęta, na uśmiech jakim wita się każdego przybysza, na morze możliwości które otwiera to miejsce. 

    i zachciało mi się tam zostać na zawsze. 

    moje życie staje się coraz pełniejsze. czuję to. każdym centymetrem ciała. znów nadchodzą zmiany. czuję to każdym nerwem. zmienia się optyka. znika gdzieś pryzmat przez jaki patrzyłam dotąd na świat. 
    nie wiem co będzie. nie chcę wiedzieć. będzie co ma być. jeśli ja zadbam o siebie, wszystko się ułoży. 
    błogi spokój w sercu. 

    minęło już kilka dni od mojego powrotu z Rzymu a ja nadal ‚zabieram się’ żeby to wszystko jakoś ładnie opisać. ciągle brakuje czasu. a jak jest czas brakuje siły. permanentnie jestem zmęczona i permanentnie nieprzystawalna do tego co tu.

    nie mogę przeboleć zmiany temperatury. tam o tej porze, nadal nie marznie się bez rękawów. moje zaklinanie pogody poprzez uparte noszenie japonek nic nie daje. właśnie lunęło. 
    zdjęć mam ponad tysiąc. wspomnień jeszcze więcej. milion tekstów które przejdą do historii. w piątek spotykamy się na oglądaniu zdjęć. 

    poza tym byłam na warsztacie robienia biżuterii. w sobotę. we wtorek skończyły mi się materiały. godzinami mogę w tym dłubać. koszmarnie wciąga.

    czasem kiedy pomyślę przez chwilę jak bardzo to co mam teraz różni się od tego sprzed roku to kręcę głową ze zdziwieniem. tak szybko to wszystko poszło. 

    co dzień uczę się wierzyć w bajki. cuda zdarzają się na każdym kroku. wystarczy chcieć. serio, serio. 

    jutro jadę na konie. czy rok temu ktokolwiek by pomyślał? proszę trzymać kciuki żebym wróciła cała. 
    choć w sumie, będzie tam taki jeden na białym koniu, więc nic złego nie powinno się wydarzyć. 

    jest taka modlitwa anonimowych alkoholików: 

    „Panie daj mi: Odwagę, bym mógł zmieniać rzeczy, które mogą i powinny być zmienione,

    Łagodność, bym akceptował rzeczy, które nie mogą być zmienione i

    Mądrość, bym umiał odróżnić jedne rzeczy od drugich.”

    wystarczy skupić się na tym co dotyczy nas – tu i teraz, odrzucić wszystkie rzeczy na które nie mamy wpływu (na przykład to co dotyczy innych ludzi – ich decyzje, motywacje, wybory) i starać się otworzyć na to co przychodzi zgodnie z zasadą pustki Newtona – żeby mogło się pojawić nowe, trzeba mu zrobić miejsce. 

    zauważyłam jeszcze jedną ciekawą rzecz. im bardziej się staramy, zabiegamy o coś, spinamy się, chcemy dobrze wypaść, tym bardziej maleje szansa, że to dostaniemy. bardzo często jest tak, że chcemy wypaść dobrze, że chcemy się pokazać lepszymi niż jesteśmy naprawdę. pojawia się sztuczność i poza. czy jeśli ktoś polubi nas za to co zobaczył, polubił nas na prawdę? czy tylko tego manekina, maskę jaką przywdzialiśmy?

    ostatnio usłyszałam: no tak ale przecież nie można być zawsze sobą, czasem trzeba grać. nieustannie zadziwiona pytam: po co? bo ja skończyłam grać w różne gry w okolicach stycznia. i jakoś żyję. ba! dobrze żyję. i o dziwo, nie zostałam Robinsonem na bezludnej wyspie. tak – zmniejszył mi się krąg znajomych. zostali najwytrwalsi i przez to najważniejsi dla mnie. Matka B, Mi, Aga, KP i Łysy. oraz satelity. 

    już nie mówię, że brzydzę się kłamstwem. rozumiem, że niektórym jest ono niezbędne do życia jak powietrze. a kłamstwo bierze się z lęku. przed odrzuceniem, przed stratą czegoś na czym nam zależy. tyle, że ja po prostu nie widzę już sensu w kłamstwie. nie boję się straty i odrzucenia – bo czy jeśli ktoś odrzuci mnie za to, że usłyszy prawdę to wart jest tego by za nim gonić? czy aby na pewno?

    ***

    czasem wieczorem, kiedy już leżę w łóżku łzy napływają pod powieki. tyle czasu zmarnowałam zamykając się przed światem, obwarowując się ‚nie umiem’, ‚nie mogę’, ‚to nie dla mnie’, ‚nie powinnam’, otulając się lękiem i niepewnością jak kocem. drżąc na myśl o odrzuceniu czy samotności. już tak nie chcę. 
    teraz już wiem skąd to i po co. wiem co zostało wdrukowane na starcie i wiem jak sobie z tym radzić. 
    tyle czasu zmarnowałam też próbując ratować świat, ulepszać, wyprzedzać życzenia. teraz już wiem, że nikogo nie da się na siłę zmienić, że czasem trzeba się pogodzić z tym, że ludzie nie chcą się zmieniać, że to co mnie może wydawać się w nich wadą czy ograniczeniem może być dla nich jedyną bezpieczną, bo oswojoną, formą przetrwania. a ja mam swoje metody. nie wiem czy lepsze, dla mnie dobre bo skuteczne. w moim świecie powoli zaczyna niknąć podział na ogólnie dobre i ogólnie złe. jest za to inny podział dobre i złe dla mnie. na przykład: alkohol mi nie służy. po nim nie myślę jasno a tego nie lubię. więc piję sporadycznie i niewiele. już się nie upijam. nie służy mi też słuchanie ‚dobrych rad’, bo mało kto poza mną wie co tak na prawdę jest dla mnie dobre. więc nie słucham. uśmiecham się czarująco i dalej robię swoje. proste? proste. minimalizować to co nie służy a maksymalizować to co pomaga – długi sen, dłubanie w koralikach, słuchanie muzyki, spotkania z przyjaciółmi.  

    dziś KP rzucił od niechcenia: twój optymizm zaczyna być przerażający. człowiek zaczyna się zastanawiać, co z nim jest nie tak, skoro u niego nie jest cały czas tak super. odpowiedziałam: co mi przyjdzie z tego, że będę narzekać? padło: ja przestanę się czuć tak podle.
    ahaś. no tak. znów magiczna bariera naszego narodu. 

    bo żeby było szczerze i bez wątpliwości. 
    ja też miewam PMSy. często płaczę bo mi smutno. nie rozumiem się z matką. opierdalają mnie ludzie, którym się wydaje, że lepiej ode mnie wiedzą co powinnam. permanentnie nie mam kasy. jedna wariatka dziś na mnie nawrzeszczała. paznokieć mi się złamał. 

    i co? i pstro. jutro to minie, zmieni się, fruuu… nie będzie. albo będzie inne. 
    na wszystko jest sposób. na wszystko jest metoda. 

    wtedy układam się wygodnie, zawijam w kołdrę, przytulam mocno owcę którą dostałam od brata na któreś urodziny dawno temu, wysyłam Łysemu smsa: przytul. czytam smsa: kocham, przytulam i powtarzając sobie jak mantrę: jutro będzie nowy dzień, jutro będzie nowy świat, pełny cudownych nowych możliwości zasypiam…

    a jutro książę i biały koń

    dobranoc

     

    tytułem wstępu: tak to właśnie się kończy

     
    komentarze zniknęły. to znaczy – można dodawać, ja je widzę ale na stronę już nie wrócą. 
    nie będę tracić czasu na walkę z wiatrakami, nie będę dyskutować z ‚anonimem’, który swoją drogą doskonale jest mi znany, między innymi z tego boi się mówić wprost. szczekać anonimowo każdy kundel może. 
    nie to, żebym miała coś przeciwko anonimowym kundlom – ale to jest moje miejsce i nie będziemy go zalewać niezdrowymi emocjami. nie zależy mi na wymianie argumentów i dowodzeniu racji. 
    jeszcze raz powtórzę: są trzy prawdy – moja prawda, twoja prawda i gówno prawda. 
    prawda?
    umówmy się więc tak: jeśli ktoś, coś, do mnie – proszę pisać śmiało, jeśli będzie też mail, będę miała możliwość odpisania. 
    tyle w temacie.
    ***
    tymczasem kupiłam sobie kredki. pastele olejne. od dzieciństwa nie rysowałam a teraz z dziką pasją godzinami siedzę mażąc i rozsmarowując kolory. niesamowicie relaksujące, czasem tylko jeszcze trochę przeraża mnie to co przelewam na papier. ale nie ma mowy żebym przestała. 
    kiedy skończyłam pierwszy rysunek, pomyślałam: no tak, faktycznie nie umiem rysować. 
    i zaraz potem: i co z tego? i pooooszło….

    za pięć dni będę spacerować po wiecznym mieście, zjem włoską pizzę i poszwendam się po zabytkach. nie mogę się doczekać. choć w sumie…

    po powrocie – maleńki warsztat dłubania w koralikach i tadam…. KONIKI. 
    sama czasem nie wierzę w to co zapraszam do mojego życia. że to takie proste. że takie fajne. że też głupia na to wcześniej nie wpadłam. 

    być otwartym to po prostu się nie zamykać, no nie? chcieć. po prostu. i przychodzi.

    i dotarło do mnie, że robię błąd. jeden zasadniczy. 
    jakiś czas temu wymyśliłam sobie, że skoro tak zawsze wszystko było na szybko, na gwałt i natychmiast, to może dobrze będzie spróbować jakoś inaczej. spokojnie, powoli, odwlekać przyjemność, pozastanawiać się, przespać z tematem. 
    zapomniałam tylko o jednym. że tamtej mnie w zasadzie już nie ma. tej zachłannej. tej wiecznie przerażonej, że to co jest za chwilę się skończy, zabiorą, zniknie, rozpłynie się w powietrzu. więc trzeba się spiąć i wycisnąć co się da na maksa. z pracy, faceta, z życia. bo jutro może tego nie być. więc trzeba się starać żeby być najlepszą jak się da – taką do lubienia i kochania.

    teraz już nie chcę być najlepsza. chcę być sobą. po prostu. to nie znaczy, że w tyle mam ludzkość. tyle, że już nie robią na mnie wrażenia obrażone miny, nie przejmuję się czy spełnię czyjekolwiek oczekiwania. czy dobrze wypadnę w roli. 

    idąc tym tropem – skoro to już nie ja a ledwo wspomnienie to moje impulsy nie są już tymi samymi impulsami, wynikają z czego innego. a ja jak głupia męczę się i męczę i walczę z cieniem. toteż nie walczę. 

    serio, to śmieszne uczucie, kiedy człowiek łapie się w pewnej chwili na tym, że jedzie na oparach starej benzyny ‚nie chcę żebyś pomyślała/pomyślał że ja’. i dreszcz człowieka przechodzi na samą myśl co właśnie mu się pomyślało. a co się stanie jak tak właśnie pomyśli? no co? ja to ja i już. mam zalety, mam wady. 
    to niesamowita ulga mówić to co się myśli. co się naprawdę myśli, a nie to co wypada. coraz mniej mi zależy na tym jak będę odebrana. nie jest jeszcze idealnie ale uff… jaka ulga. 

    i dobrze jest. 

    coraz trudniej też słucha mi się ludzkiego marudzenia na pracę. coraz częściej na usta ciśnie się – no to po co tak się męczysz? czy naprawdę większość ludzi ma mentalność męczenników? po jaką cholerę? dla kasy? zarzynać się dla kasy? są lepsze rzeczy w życiu do roboty. 

    mój eksperyment zakończył się pełnym sukcesem. dostałam więcej niż chciałam. 
    spotkałam mojego mentalnego bliźniaka. na razie jestem w szoku. 

    przyjdę jak się otrząsnę.

    sama zastawiam na siebie pułapki i za każdym razem równie mocno jestem zdziwiona, że w nie wpadam.

    czasem tuż nad krawędzią orientuję się w ostatniej chwili i cofam się. staram się. każdy dzień przypomina z lekka alkę o niepodległość. 
    łatwo się przywiązuję, jestem ufna.
    jakbym na czole pisała sobie czarnym, niezmywalnym mazakiem – IDIOTKA. 

    tu i teraz się liczy. nie jutro, nie wczoraj. tu i teraz. to kim jesteśmy dla siebie. 

    patrzę na to wszystko z dystansu. za szybko, zbyt łapczywie,  brak zaufania do wszechświata.

    co jakiś czas popadam w nadmierną ekscytację. rozgrzewam się wtedy do czerwoności. tracę zmysły, tracę kontakt. w rezultacie tracę siebie. potem przychodzi otrzeźwienie. i zmęczenie. bo niełatwo jest trzymać się krętych ścieżek kiedy obok biegnie autostrada. 

    nie wiem jak to powinno wyglądać. nikt mnie tego nigdy nie nauczył. zawsze w wirze emocji, ogarnięta tym dzikim szałem. strzał endorfin usypia mój prawdziwy głos. ten ze mnie. ze środka. z brzucha. dziś już wiem, że parę miesięcy temu się pomyliłam. cenna lekcja. przerażająca świadomość siły podświadomości. 

    skończyłam Zielone Drzwi Grocholi. biografia. teraz wiem czemu te wszystkie jej książki tak do mnie mówiły. poryczałam się. 

    często ryczę. za dużo pootwieranych słoików z emocjami. łatwo się wzruszam. łatwo się śmieję. często jest mi smutno. 

    dużo piszę o sobie. później czytam, poprawiam, ctrl X, ctrl V. kropka, przecinek, myślnik, wytłuszczenie. 

    dzięki temu jaka jestem, widzę jaka byłam. biedne, ślepe dziecko. miauczący kociak. mysz przebrana za tygrysa. 

    o A. mówię ‚mój majster’. razem pracujemy na budowie. ona zna się na planowaniu, na murarce, ciesiołce, ja tu tylko cegły noszę. cholernie ciężkie te cegły. co dzień utyrana jak wół próbuję przed snem ocenić postęp prac nad tą moją wieżą babel. 

    coraz mniej mi zależy. coraz mniej się przejmuję. akceptacja. mam jej pełne taczki. whatever works. każdemu według potrzeb. ja jestem ja – ty jesteś ty. każde inne. każde tak samo dobre, piękne i właściwe. 

    nie ma jednej prawdy. nie komentuję, nie wdaję się w dyskusje. szkoda mi na to energii. czasem zadaję pytania. nie po to żeby wtrącić swoje trzy grosze ale żeby faktycznie się dowiedzieć. 

    coraz częściej mam poczucie, że nic nie wiem. czuję się jakby kilka ostatnich lat po prostu wypadło mi z życiorysu. ludzi poszli dalej. ludzie tyle wiedzą. 

    są dni, kiedy czuję się mała i brzydka. okrywam się wtedy kołdrą, głaszczę tą małą dziewczynkę we mnie i powtarzam – ciii… to tylko ta noc, tylko kilka godzin i będzie inny dzień. inny zupełnie, może najpiękniejszy. 

    tak, chcę być kochana. ale mam pełną świadomość, że to nie nastąpi, że nie zaakceptuję tego dopóki sama siebie nie pokocham. dopóki nie nauczę się żyć ze sobą. dopóki nie zaakceptuję moich wad i nie spróbuję ich przekuć na zalety. 

    pamiętam co mówiłam. pamiętam co pisałam. uśmiecham się teraz na ta myśl. nie ma we mnie za grosz tamtej buty. tej pewności że wiem najlepiej. tego przekonania, że mam monopol na prawdę. czytam teksty którymi zachwycałam się jeszcze rok temu. patrzę na osoby które wtedy podziwiałam. uśmiecham się. 
    nie ma w tym politowania, nie ma pobłażliwości. każdy tworzy swoją prawdę. 

    każdy ma swojego Latającego Potwora Spaghetti. 

    czasem, tak jak dziś odwracam głowę i patrzę za siebie. wtedy dociera do mnie w jakim tempie wszystko się zmienia. coś, co jeszcze 4 miesiące temu było praktycznie nie do pomyślenia, dziś przychodzi mi z łatwością i wręcz odruchowo. 


    powoli tracę tendencję do zlewania się z ludźmi którzy mnie otaczają. uczę się swojej odrębności, samotności i niezależności. 

    eksperymentuję z granicami i samowolką. dobrze się bawię. 

    coraz częściej zwracam uwagę na to jak mocno, my, ludzie jesteśmy udupieni konwenansami. czy to wypada? nie chcę żebyś sobie pomyślała… jak dużo w tych naszych codziennych kontaktach ‚ale’ nadinterpretacji i myślenia ‚na zapas’

    ostatnio zmieniłam też mój zestaw pytań obowiązkowych. ukochane ‚bo?’ odłożyłam grzecznie na półeczkę i chwilowo na tapecie jest ‚no i co?’. tak. wkurzająca jestem. wiem. no i co z tego, że się spóźnię? no i co z tego że po raz setny dajesz mi do zrozumienia że nie lubisz różowego? no i co z tego że się przestaną odzywać? i co z tego że sobie pomyśli?
    ja mam niezły ubaw, gorzej ma otoczenie. 

    przykładzik? proszę. 

    polazłam na spacer. łażę, łażę. siedzę, kawę piję, wstaję, wychodzę. w drzwiach kawiarni zderzam się z dawno nie widzianym kumplem. zmieniamy lokal. opowiada o swojej niezupełnie udanej randce z internetu. 

    - no bo już na samym początku się wkurwiłem. wysiadam z taksówki, patrzę stoi dziewczyna. niby podobna do zdjęcia. nawet trochę ładniejsza, szalik ma w ustalonym kolorze. myślę sobie – fartowny dzień. już już mam się ku niej, patrzy na mnie. ja się uśmiecham, ona się uśmiecha ale na pół metra przed celem wyprzedza mnie jakaś laska. dziewczyny ściskają się i odchodzą. no to się wkurwiłem. 
    - bo?
    - wiesz, jakbym podszedł, zagadał to bym wyszedł na debila
    - bo?
    - no to nie była ona, to był ktoś inny
    - no i co?
    - no i przywitałbym się z jakąś inną, nie tą moją. ty nic nie rozumiesz?
    - nie rozumiem co złego byłoby w zaczepieniu ładnej dziewczyny.
    - jak to co?! to nie była ona!
    - no i?

    z dalszej opowieści wynikało, że owa właściwa dziewczyna była sympatyczna, ale P. był tak skupiony na tym, że o mały włos (w swoim mniemaniu) nie wyszedł na idiotę (kompletnie nie mam pojęcia czemu), i do tego stopnia na siebie zły, że nie bardzo mógł się skupić na prowadzeniu konwersacji z.  

    inna sprawa, że czasem tak bardzo staramy się zrobić na kimś wrażenie, że właśnie wychodzimy na idiotów. 
    jedyny sposób – nie pozować, być sobą i lać z góry na to, co kto na to ;)
    co nie?




    nie ma co krakać, nowy projekt rozwija się i daje pierwsze owoce. kolejny, równie dobry jak każdy inny sposób na poznanie siebie lepiej.


    dwa razy pomyślę zanim coś napiszę – nie po to by pozować czy być lepszą niż jestem a po to by dokładniej i precyzyjniej wyrazić siebie. 

    badam siebie, stawiam granice. bawię się tym poznawaniem.

    odpuściłam całą masę spraw które dotąd nie dawały mi spokoju. Kot dał mi kiedyś dobrą radę na przykładzie chmur. wiele się od niego nauczyłam. tak Kocie, gdziekolwiek teraz jesteś, chcę żebyś wiedział że jestem Ci wdzięczna, bo bez Ciebie nie byłoby mnie takiej jaką jestem teraz. z czasem zmienia się perspektywa i łatwiej jest docenić to co dobre. 

    czuję że coś się święci. intuicja ostatnio rzadko mnie zawodzi więc ciarki po mnie łażą. 


    jest jedna zasada rządząca wszechświatem – co się polepszy, to się popieprzy

    z tym chmurnym akcentem 

    idę spać

    jutro balet

    może być tak że wielką dupę próbuję włożyć w zbyt małe spodnie. 

    tęsknię. teoretycznie wiem za kim. ale może być tak że to jest tylko przykrywka do czegoś większego. do tęsknoty ogólnej, za bliskością, ciepłem, relacją, za byciem z kimś po prostu.

    co nie zmienia nijak faktu, że jest mi dziś smutno.

    obejrzałam wczoraj ZERO. powaliło mnie. zapomniałam już że polacy potrafią robić dobre filmy. a ten jest z całą stanowczością bardzo dobry. dobrze obsadzony, dobrze zagrany, dobrze wyreżyserowany z dobrą muzyką. jak na dzisiejsze realia – super!

    dziś wieczorem Tajemnica Brokeback Mountain. nie widziałam a dużo słyszałam. nie odrzuca mnie widok całujących się facetów więc zapowiada się dobry wieczór.

    dziś również koncert P. na starówce – jakoś przeszła mi ochota na ten wieczór, tym bardziej, że w Parku Zachodnim gra Vavamuffin, ale co tam, trochę kultury nie zaszkodzi. jak dobrze pójdzie uda się to pogodzić.

    • RSS